czwartek, 20 marca 2014

Rozdział 10


  

     Kolejne dni mijały tak samo. Codziennie rano wstawałyśmy, Elizabeth robiła nam śniadanie, a następnie znikali na 2-3 godziny. Później wracali i spędzali całe dni z nami. Coraz więcej czasu spędzałam z Etanem. Wydawałoby się, że każdą wolną chwile ze mną spędza. Dużo rozmawialiśmy i można nawet powiedzieć, że go polubiłam, może nawet powiedzieć, że o wiele za mocno niż powinnam. W ciągu tych kilku dni poznałyśmy resztę przybranego rodzeństwa chłopaków. Nie sądziłam, że Elizabeth i William mają piątkę przybranych dzieci. Oprócz Etana, Jeffreya i Oliviera jest jeszcze Sophie i Emily. Od razu widać jak wielkim uczuciem się darzą. Niby nie są ze sobą związani węzłem krwi, ale traktują się jak prawdziwe rodzeństwo. Droczą, przedrzeźniają, ale i pomagają i wspierają. Kilka razy wraz z Sarą i dziewczynami wybrałyśmy się na spacer po lesie. Dobrze mi się z nimi rozmawiało. Wydaje mi się, że Sarze też.

     Dużo razy zaczynałyśmy rozmowę na temat tego, że musimy już wracać, bo z pewnością rodzice się o nas martwią, że nie dajemy im jakichkolwiek znaków życie, ale oni zawsze w tym momencie zmieniali temat. Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy co jest tego powodem. Jednak dwa dni później dowiedziałyśmy się wszystkiego…
Rano obudziłyśmy się jak zwykle o tej samej porze, czyli o 9 i zeszłyśmy ubrane już na dół. Zjadłyśmy śniadanie przygotowane przez Elizabeth i zostałyśmy same. Na zewnątrz świeciło słońce i panowała śliczna pogoda.

- Emi, a może się przejdziemy? – zapytała Sara w momencie kiedy spoglądałam przez okno.

- Dobra myśli, nie chce mi się siedzieć w domu. Może wreszcie obejrzymy dom od zewnątrz. Co Ty na to?

- W sumie jeszcze tego nie robiłyśmy, więc czemu nie – uśmiechnęłam się do blondynki i ruszyłam w stronę drzwi. 

     Wyszłyśmy z domu i ruszyłyśmy wzdłuż budynku. Nie było sensu zamykać drzwi, ponieważ Sophie dużo razy nam mówiła, że nikt tędy nie przechodzi, więc na pewno nikt nie wejdzie do środka.
Chodziłyśmy i oglądałyśmy dom kiedy zauważyłyśmy duże drzwi, które wyglądały jak drzwi od garażu.  To było dosyć dziwne, bo wszyscy parkowali swoje samochody na podjeździe i nikt nie wspominał o tym, że mają garaż.

- Ciekawe jaką furę trzymają tutaj – popatrzyłam na Sarę uśmiechając się, która zrobiła to samo w międzyczasie poruszając brwiami. Wiedziałam o co chodzi. Szczerze to nawet na to liczyłam. Ona także chciała zobaczyć co jest w środku – Wracajmy do środka. Wejdziemy do niego od wewnątrz, bo tędy raczej nie da rady bez kluczy.

- Szybko, bo nie wiadomo kiedy wrócą – ruszyłyśmy biegiem do domu by nie tracić czasu. Po wejść do środka zamknęłyśmy drzwi na zamek by w razie ich powrotu zyskać trochę czasu na wyjście z garażu. Skierowałyśmy się bezpośrednio do drzwi prowadzących do naszego celu. Jednak czego my mogłyśmy się spodziewać. Były zamknięte.

- Dawaj wsuwkę – powiedziałam do przyjaciółki jednocześnie wyciągając rękę po to o co proszę. Sara szyderczo się uśmiechając podała mi spinkę. Wspominałam, że potrafię wsuwką otwierać zamki? Chyba nie. Nauczyłam się tego podczas moich ucieczek z domu wraz z Sarą. Rodzice zawsze zabierali mi podczas szlabanu klucze i myśleli, że gdy zamkną drzwi na zamek, którego nie da się otworzyć bez klucza to nie opuszczę mieszkania. Oj jak bardzo się mylili. Zawsze wieczorami uciekałam z domu na jakąś imprezę, na którą oczywiście nie mogłam iść. I tak jakoś wyszło, że stałam się dosyć dobra w te klocki.

     Odwróciłam się do blondynki plecami i wsadziłam wsuwkę do zamka. Sara stanęła za mną obserwując czy ktoś nie wchodzi a ja w tym czasie otwierałam drzwi. Kilka przekręceń i po chwili było słychać stuknięcie zamka i drzwi były otwarte. Uśmiechnęłam się sama do siebie i otworzyłam drzwi na roścież. W pomieszczeniu panowała ciemność. Po omacku zaczęłam szukać włącznika światła.

- Ciekawe co za autko tu trzymają – odezwała się Sara w momencie kiedy ja pod palcami poczułam zimny włącznik światła i nacisnęłam go. Po sekundzie włączyło się światło, a my stałyśmy zamurowane.

- Twój Lexus – w garaży stało nie co innego jak auto Sary. To samo, którym jechaliśmy do Los Angeles. To samo, którym wjechałyśmy w te zasrane drzewo. To samo, które zniknęło w momencie kiedy my byłyśmy nieprzytomne w lesie.

     Podeszłyśmy bliżej samochodu nie wierząc, że ona naprawdę tam stał przez cały czas. Sara stanęła przy drzwiach od kierowcy i pociągnęła za klamkę. Drzwi ustąpiły. Spojrzałyśmy na siebie zdziwione, a Sara zaglądnęła do środka.

- Kluczyki są w stacyjce – powiedziała i wsiadła do środka, a ja w tym czasie podeszłam do maski samochodu by sprawdzić jak duże są obrażenia bo uderzeniu w drzewo. Jakie było moje zdziwienie, gdy nie była ani jednej rysy na masce. Nie wierząc w to nachyliłam się i przyjrzałam. Ani jednego śladu po tym całym wypadu.

- To na pewno Twój samochód?  - zapytałam się Sary, bo zaczęłam w to powoli wątpić.

- A kogo niby jak nie mój? – odpowiedziała wychylając głowę zza drzwi kierowcy.

- Bo tutaj nie ma ani jednaj ryski po tym wypadku – blondynka spojrzała się na mnie ze zdziwieniem – Otwórz bagażnik – poprosiłam i podeszłam do klapy bagażnika, a ona wykonała moją prośbę - Cholera. To Twoje auto. W środku są nasze rzeczy – w tej chwili byłam wściekła i wszystko zaczęło mi się powoli układać w głowie. Wypadek, obudzenie się w lesie, spotkanie chłopaków, pobyt u nich w domu i zmienianie za każdym razem tematu, kiedy zaczynałyśmy mówić o powrocie, a co najważniejsze ta książka. Oni nas od dawna obserwowali. Ale jaki mieli w tym cel? W tej chwili postanowiłam to zakończyć. Nie pozwolę by zabawiali się naszym kosztem – Sara jedziemy stąd. Jak otwiera się ten głupi garaż?


- Poszukaj guzika przy ścianie – tak jak powiedziała tak też zrobiłam. Na jednej ze ścian był przycisk, który od razu nacisnęłam i drzwi zaczęły się otwierać. W chwili kiedy otworzyły się całkowicie usłyszałyśmy samochód parkujący pod domem. Spojrzałyśmy się na siebie i jednocześnie powiedziałyśmy – Wrócili.

______________________________________________________________________
Kolejny rozdział a my dalej nie wiemy czy czytać. Miło by było gdybyście zaczęli komentować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz