Kolejne dni
mijały tak samo. Codziennie rano wstawałyśmy, Elizabeth robiła nam śniadanie, a
następnie znikali na 2-3 godziny. Później wracali i spędzali całe dni z nami.
Coraz więcej czasu spędzałam z Etanem. Wydawałoby się, że każdą wolną chwile ze
mną spędza. Dużo rozmawialiśmy i można nawet powiedzieć, że go polubiłam, może
nawet powiedzieć, że o wiele za mocno niż powinnam. W ciągu tych kilku dni
poznałyśmy resztę przybranego rodzeństwa chłopaków. Nie sądziłam, że Elizabeth
i William mają piątkę przybranych dzieci. Oprócz Etana, Jeffreya i Oliviera
jest jeszcze Sophie i Emily. Od razu widać jak wielkim uczuciem się darzą. Niby
nie są ze sobą związani węzłem krwi, ale traktują się jak prawdziwe rodzeństwo.
Droczą, przedrzeźniają, ale i pomagają i wspierają. Kilka razy wraz z Sarą i
dziewczynami wybrałyśmy się na spacer po lesie. Dobrze mi się z nimi
rozmawiało. Wydaje mi się, że Sarze też.
Dużo razy
zaczynałyśmy rozmowę na temat tego, że musimy już wracać, bo z pewnością
rodzice się o nas martwią, że nie dajemy im jakichkolwiek znaków życie, ale oni
zawsze w tym momencie zmieniali temat. Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy co jest
tego powodem. Jednak dwa dni później dowiedziałyśmy się wszystkiego…
Rano
obudziłyśmy się jak zwykle o tej samej porze, czyli o 9 i zeszłyśmy ubrane już
na dół. Zjadłyśmy śniadanie przygotowane przez Elizabeth i zostałyśmy same. Na
zewnątrz świeciło słońce i panowała śliczna pogoda.
- Emi, a
może się przejdziemy? – zapytała Sara w momencie kiedy spoglądałam przez okno.
- Dobra
myśli, nie chce mi się siedzieć w domu. Może wreszcie obejrzymy dom od
zewnątrz. Co Ty na to?
- W sumie
jeszcze tego nie robiłyśmy, więc czemu nie – uśmiechnęłam się do blondynki i
ruszyłam w stronę drzwi.
Wyszłyśmy z domu i ruszyłyśmy wzdłuż budynku. Nie było
sensu zamykać drzwi, ponieważ Sophie dużo razy nam mówiła, że nikt tędy nie
przechodzi, więc na pewno nikt nie wejdzie do środka.
Chodziłyśmy
i oglądałyśmy dom kiedy zauważyłyśmy duże drzwi, które wyglądały jak drzwi od
garażu. To było dosyć dziwne, bo wszyscy
parkowali swoje samochody na podjeździe i nikt nie wspominał o tym, że mają
garaż.
- Ciekawe
jaką furę trzymają tutaj – popatrzyłam na Sarę uśmiechając się, która zrobiła
to samo w międzyczasie poruszając brwiami. Wiedziałam o co chodzi. Szczerze to
nawet na to liczyłam. Ona także chciała zobaczyć co jest w środku – Wracajmy do
środka. Wejdziemy do niego od wewnątrz, bo tędy raczej nie da rady bez kluczy.
- Szybko,
bo nie wiadomo kiedy wrócą – ruszyłyśmy biegiem do domu by nie tracić czasu. Po
wejść do środka zamknęłyśmy drzwi na zamek by w razie ich powrotu zyskać trochę
czasu na wyjście z garażu. Skierowałyśmy się bezpośrednio do drzwi prowadzących
do naszego celu. Jednak czego my mogłyśmy się spodziewać. Były zamknięte.
- Dawaj
wsuwkę – powiedziałam do przyjaciółki jednocześnie wyciągając rękę po to o co
proszę. Sara szyderczo się uśmiechając podała mi spinkę. Wspominałam, że
potrafię wsuwką otwierać zamki? Chyba nie. Nauczyłam się tego podczas moich
ucieczek z domu wraz z Sarą. Rodzice zawsze zabierali mi podczas szlabanu
klucze i myśleli, że gdy zamkną drzwi na zamek, którego nie da się otworzyć bez
klucza to nie opuszczę mieszkania. Oj jak bardzo się mylili. Zawsze wieczorami
uciekałam z domu na jakąś imprezę, na którą oczywiście nie mogłam iść. I tak
jakoś wyszło, że stałam się dosyć dobra w te klocki.
Odwróciłam
się do blondynki plecami i wsadziłam wsuwkę do zamka. Sara stanęła za mną
obserwując czy ktoś nie wchodzi a ja w tym czasie otwierałam drzwi. Kilka
przekręceń i po chwili było słychać stuknięcie zamka i drzwi były otwarte.
Uśmiechnęłam się sama do siebie i otworzyłam drzwi na roścież. W pomieszczeniu
panowała ciemność. Po omacku zaczęłam szukać włącznika światła.
- Ciekawe
co za autko tu trzymają – odezwała się Sara w momencie kiedy ja pod palcami
poczułam zimny włącznik światła i nacisnęłam go. Po sekundzie włączyło się
światło, a my stałyśmy zamurowane.
- Twój
Lexus – w garaży stało nie co innego jak auto Sary. To samo, którym jechaliśmy
do Los Angeles. To samo, którym wjechałyśmy w te zasrane drzewo. To samo, które
zniknęło w momencie kiedy my byłyśmy nieprzytomne w lesie.
Podeszłyśmy
bliżej samochodu nie wierząc, że ona naprawdę tam stał przez cały czas. Sara
stanęła przy drzwiach od kierowcy i pociągnęła za klamkę. Drzwi ustąpiły.
Spojrzałyśmy na siebie zdziwione, a Sara zaglądnęła do środka.
- Kluczyki
są w stacyjce – powiedziała i wsiadła do środka, a ja w tym czasie podeszłam do
maski samochodu by sprawdzić jak duże są obrażenia bo uderzeniu w drzewo. Jakie
było moje zdziwienie, gdy nie była ani jednej rysy na masce. Nie wierząc w to
nachyliłam się i przyjrzałam. Ani jednego śladu po tym całym wypadu.
- To na
pewno Twój samochód? - zapytałam się
Sary, bo zaczęłam w to powoli wątpić.
- A kogo
niby jak nie mój? – odpowiedziała wychylając głowę zza drzwi kierowcy.
- Bo tutaj
nie ma ani jednaj ryski po tym wypadku – blondynka spojrzała się na mnie ze
zdziwieniem – Otwórz bagażnik – poprosiłam i podeszłam do klapy bagażnika, a
ona wykonała moją prośbę - Cholera. To Twoje auto. W środku są nasze rzeczy – w
tej chwili byłam wściekła i wszystko zaczęło mi się powoli układać w głowie.
Wypadek, obudzenie się w lesie, spotkanie chłopaków, pobyt u nich w domu i
zmienianie za każdym razem tematu, kiedy zaczynałyśmy mówić o powrocie, a co
najważniejsze ta książka. Oni nas od dawna obserwowali. Ale jaki mieli w tym
cel? W tej chwili postanowiłam to zakończyć. Nie pozwolę by zabawiali się
naszym kosztem – Sara jedziemy stąd. Jak otwiera się ten głupi garaż?
- Poszukaj
guzika przy ścianie – tak jak powiedziała tak też zrobiłam. Na jednej ze ścian
był przycisk, który od razu nacisnęłam i drzwi zaczęły się otwierać. W chwili
kiedy otworzyły się całkowicie usłyszałyśmy samochód parkujący pod domem.
Spojrzałyśmy się na siebie i jednocześnie powiedziałyśmy – Wrócili.
______________________________________________________________________
Kolejny rozdział a my dalej nie wiemy czy czytać. Miło by było gdybyście zaczęli komentować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz