poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział 11

     

    


     Co czułam? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Bałam się? Nie to chyba nie to. Czułam wstręt do osób, które podjechały pod dom. Czułam do nich nienawiść. To co nam zrobili nie dało się opisać słowami. Na samą myśl o nich moje dłonie zacisnęły się w pięści i poczułam paznokcie wbijające się w moje dłonie. Czułam jak by czas się dla mnie zatrzymał, jak by wszystko co się działo nie dotyczyło mnie. Jak bym po prostu nie istniała.

     Ocknęłam się z transu i odwróciłam do Sary. Też była zła. Ściskała w dłoniach drzwi od samochodu, kostki od rąk już całkowicie jej pobielały. Odpowiedź była prosta. Wracamy.

- Wracamy? – mój wzrok był teraz skierowany na twarz mojej przyjaciółki. Jej wzrok skierował się na mnie w momencie wydobycia się moich słów.

- Jasne. Wyjdź przed garaż i pomożesz mi wyprowadzić z niego samochód – była pewna tego tak samo jak ja. Nie zawahała się ani przez moment. Wsiadła do samochodu i odpaliła silnik. Po chwili już w powietrzu widziałam kciuk Sary oznaczający, że jest gotowa.

     Ostatnie głęboki oddech i ruszyłam w kierunku wyjścia. Wychodząc skierowałam swój wzrok na podjazd. Stali tam. Wszyscy bez wyjątku. Jak gdyby to był zwykły dzień i nic się nie działo. Spojrzenie Etana skierowało się na mnie i już mogłam dostrzec jego uśmiech kierowany w moją stronę. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia.

     Odwróciłam się  stronę wyjeżdżającego Lexusa i ręką kierowałam go tak by nie zahaczył o żadną ze ścian od garażu. Powoli, ze spokojem Sara wyprowadziła samochód. Bez chwili namysłu wsiadłam na miejsce pasażera i samochód znowu ruszył. Wyrazy twarzy osób sprzed domu były jednakowe. Zdziwienie opanowało wszystkich.

     Sara zmieniła bieg w samochodzie i już miała przyspieszyć kiedy znikąd pojawił się przed nami Ethan. Blondynka w ostatniej chwili nacisnęła hamulec i auto stanęło. Chłopak nic sobie z tego nie robiąc stał w tym samym miejscu dalej. Sara bez chwili zawahania zaczęła trąbić, jednak to też nie dało żadnego skutku.

- Ruszaj – powiedziałam ze spokojem. Nie chciałam by nerwy wzięły górę, bo źle by to się skończyło.

- Co? – blondynka spojrzała się na mnie z szeroko otwartymi oczami i chyba sama nie wierzyła w to co przed chwilą usłyszała – Ty chyba nie mówisz poważnie Emi?

- Sara jak teraz nie ruszysz to nie odjedziemy stąd. Przecież go nie przejdziesz. Na pewno się wystraszy i odskoczy – patrzyła na mnie z widocznym wahaniem, a ja kontynuowałam dalej – Sara jedź.

     Dziewczyna złapała za sprzęgło i nacisnęła pedał gazu. Samochód ruszył i jechał w stronę Ethana i nagle się zatrzymał, a nami szarpnęło. Odgarnęłam włosy, które opadły mi na twarz i spojrzałam przed siebie. Ethan stał tam niczym nie wzruszony i trzymał rękę na masce samochodu. Spojrzał na nas i podniósł dłoń z maski. W miejscu, gdzie przed chwilą on trzymał rękę znajdowało się małe wgniecenie.

     Patrzałam na miejsce, w którym przed chwilą trzymał dłoń i nie wierzyłam. Jakim cudem on zatrzymał jedną ręką samochód? Przecież to jest niemożliwe. Normalny człowiek nie ma tyle siły.

- Co do cholery? – usłyszałam głos dochodzący z siedzenia obok, jednak długo się nie zastanawiając odpięłam pas bezpieczeństwa i wyszłam z samochodu. Stanęłam za drzwiami od pasażera i mocno je ścisnęłam.

- Odsuń się! – starłam się w miarę jak to tylko było możliwe być spokojna. Nie chciałam dać po sobie znać, że jestem wściekła. Nie chciałam dać mu przewagi nad sobą.

- Nie – powiedział to bez żadnych emocji w głosie. Tak jak by to była normalna odpowiedź. Jak by ktoś się go pytał czy chce herbaty, a ona grzecznie odmówił.

- Co?

- Powiedziałem nie.

- Cholera słyszałam co powiedziałeś! Odsuń się! – coraz bardziej było mi trudno panować nad gniewem.  W tej samej chwili usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi od strony kierowcy.

- Ethan odsuń się chcemy przejechać – usłyszałam głos mojej przyjaciółki, która wychylała głową przez dopiero co otwarte drzwi. Ona w odróżnieniu ode mnie była spokojna. Wyglądała jak by wcale się nie denerwowała.

- Gdzie jedziecie? – odniosłam wrażenie jak by udawała, że jej nie słucha. Spojrzał się na nią i zadał pytanie, a potem znowu skierował swoje spojrzenie na moją osobę.

- Wyjeżdżamy – znowu odezwała się Sara. Wiedziałam, że chce ratować sytuacje, by w spokoju móc stąd odjechać.

- Dokąd? – kolejne pytanie, lecz tym razem nie spojrzał się na moja przyjaciółkę tylko ciągle patrzał na mnie.

- Nie Twój zasrany interes – wycedziłam przez zęby zabijając go jednocześnie wzrokiem, a ten jedynie nic sobie z tego nie robiąc uśmiechnął się.

- Oj Emi, Emi nie bądź taka niemiła – i ten jego głupi uśmieszek, który miałam ochotę tu i teraz zetrzeć mu z tej buźki.

- Dla Ciebie Amanda – nie mogłam się powstrzymać. Musiałam to powiedzieć. Przez te kilka dni pozwalałam mu tak do siebie mówić, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam jacy oni są naprawdę. W tej chwili stracił taką możliwość już nieodwracalnie.

- No dobrze. To powiesz mi Sara, gdzie jedziecie, bo Emi – specjalnie zrobił nacisk na zdrobnienie mojego imienia – nie dała Ci odpowiedzieć na moje pytanie.

- Koniec! Masz się w tej chwili odsunąć od tego samochodu! Rozumiesz?! Czy mam Ci to do cholery przeliterować!

- Jak byś mogła – uśmiechnął się, a ja w tym momencie wybuchłam. Już nie potrafiłam zapanować nad gniewem.

- Wiesz dokąd jedziemy?! Jak najdalej od Ciebie i tej Twojej pojebanej rodzinki! Jesteś jednym wielkim psycholem! Ukrywałeś nasz samochód! Śledziłeś w lesie! Kontrolowałeś każdy nasz ruch! Całe życie nas obserwowałeś! – chciał coś powiedzieć, ale nie dałam dojść mu do słowa – Jesteś psycholem, który napisał o moim życiu książkę!

- Skąd Ty to… - po raz kolejny nie dałam dojść mu do słowa.

- Trzeba było lepiej ukryć tą zasraną książkę! A może powinnam ją nazwać powieścią?! O nie już wiem! Prywatną biografią Amandy Black! – spoglądał na mnie wzrokiem nie wyrażającym żadnych uczuć, a mnie to doprowadzało do jeszcze większego gniewu.

- Wy nic nie rozumiecie – odpowiedział spokojnie, jednak nie mogę tego samego powiedzieć o sobie.

- I nie chcemy rozumieć! Wiesz co?! Mam Ci tylko jedno do powiedzenia! - ruszyłam w jego kierunku. Z każdym kolejnym moim krokiem jego wyraz twarzy się zmieniał, a moje pieści coraz bardziej zaciskały – Dla mnie jesteś martwy! – wysyczałam przez zaciśnięte do granic możliwości zęby, a go to nawet nie ruszyło. Spłynęło to po nim jak po ścianie.

- Już od dawna nim jestem.

______________________________________________________________________
I kolejny rozdział. Jak wam się podoba? Czekamy na opinię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz