niedziela, 6 kwietnia 2014

Rozdział 12

    

 


     Na moment stanęłam w miejscu i analizowałam jego słowa. Jednak szybko zrezygnowałam i wsiadłam do samochodu na miejsce pasażera.

- Ruszaj! – blondynka spojrzała się w moją stronę jak by analizowała wszystkie za i przeciw. Jakby teraz to było najważniejsze.

- Mówisz serio?

- Do cholery ruszaj! – i nic. Żadnej reakcji z jej strony – Sara! Do cholery jasnej jedź!

     Spojrzałam na nią nie rozumiejąc czemu nie robi tego o co ją proszę. Ta jedynie wpatrywała się przed siebie. Jej spojrzenie było inne, nowe. Spoglądała w dal.  Nie patrzała na Ethana. Jej wzrok był skierowany gdzieś indziej, dla kogoś innego.

     Ostatni raz odwróciłam wzrok na Ethana i szybkim ruchem nacisnęłam swoją nogą pedał gazu. Samochód ruszył, a moja nogą dalej znajdowała się na gazie. Koła coraz szybciej się kręciły, a my jechałyśmy prosto na chłopaka. Nie przeszło mi nawet przez myśl żeby się zatrzymać. Nic z tych rzeczy. Adrenalina jaka panowała w moich żyłach buzowała, a ja byłam zdolna w tym momencie go nawet przejechać. Samochód była coraz bliżej Ethana, a on dalej stał w miejscu.  Z każdą sekundą samochód był coraz bliżej.

     W ostatniej chwili chłopak odskoczył, a samochód pruł dalej. Jechałyśmy z tą samą prędkością prosto przed siebie. Nie chciałam by auto nawet na moment zmniejszył swoją prędkość, nie chciałam tracić czasy, chciałam jak najszybciej stąd uciec dlatego, gdy przed nami pojawiła się brama oddzielająca las od ich posesji, która była zamknięta nie zdjęłam nogi z pedału gazu. Samochód z dużą siła uderzył w bramę i wyrwał ją z zawiasów. Dopiero kiedy byłyśmy około dwudziestu metrów od ich domu zdjęłam nogę z gazu, usiadłam wygodnie na swoim miejscu i zapięłam pasy.

     Zastanawiało mnie dlaczego Sara przez cały ten czas kiedy wyjeżdżałyśmy, a raczej uciekałyśmy z ich posesji się nie odzywała. Po tym jak oddałam jej możliwość panowania nad autem nie uraczyła mnie ani jednym spojrzeniem, a co dopiero słowem. Tak więc nasza droga zapowiadała się w całkowitej ciszy, ale ja nie miałam nawet zamiaru jej przerywać.

     Z każdym przejechanym metrem las się oddalał, zdawał się zmniejszać. W samochodzie w dalszym ciągu było słychać tylko muzykę z radia, którą jakiś czas temu włączyłam. Niebo robiło się coraz ciemniejsze, a odległość do Los Angeles nie wydawała się taka mała. Odpowiedź była prosta. Musimy się zatrzymać w jakimś motelu, bo nie damy rady bez żadnej przerwy dojechać do celu.

     Przejeżdżając pustą drogą z daleka było widać świecący napis „HOSTEL”. A więc to tutaj najprawdopodobniej spędzimy dzisiejszą noc. Cudownie. Przez to, że w dalszym ciągu żadna z nas nie chciała przerywać ciszy ja wskazałam tylko palcem w kierunku z jakiego dochodziło światło. Blondynka pokiwała tylko głową na znak, że rozumie i na tym się skończyło. Niecałe 10 minut później parkowałyśmy samochód na tutejszym parkingu. W chwili kiedy silnik zgasł wyszłam z samochodu i skierowałam się po walizki, bo kto wie ile tutaj tak naprawdę zostaniemy, a swoje rzeczy to podstawa. Złapałam za swoje bagaże i ruszyłam w stronę głównego wejścia jednocześnie wyciągając swój telefon z torebki i go włączając.  Nie czekałam na Sarę. Jest już dużą dziewczynką i na pewno da sobie rade w dojściu do środka.

     Zanim się obejrzałam byłam już w środku. Rozejrzałam się po pomieszczeniu szukając czegoś takiego jak recepcja, jednak nic takiego nie było. Znajdowały się tutaj tylko trzy pary drzwi. Dwie z nich prowadziły najprawdopodobniej do toalet. Trzecie były zamknięte, ale można było usłyszeć grającą muzykę dochodzącą za nich. Skierowałam się w stronę drzwi z nadzieją, że tam spotkam kogoś kto może nam pomóc. Złapałam za klamkę i popchnęłam drzwi. Przejechałam wzrokiem całe pomieszczenie i przeszły mnie nieprzyjemne ciarki. Cały bar, bo tak to chyba mogę nazwać był obskurny. Brudne ściany, stara drewniana podłoga i najprawdopodobniej z tego samego drewna zrobione stoły i krzesła. Przy jednej ze ścian na małym stoliku stało włączone radio, z którego grała muzyka. Przy ścianie naprzeciwko głównych drzwi stał bar, ale nie zauważyłam nigdzie barmana. Kiedy ja oglądałam wnętrze koło mnie znalazła się Sara, która miała taką samą minę co ja w momencie kiedy to zobaczyłam. Ruszyłam do baru, a blondynka zaraz za mną. Wszystkie spojrzenia obecnych tutaj skierowały się na nas. W środku nie było ani jednej kobiety. Wszyscy obecni tutaj to byli mężczyźni. Starzy, obleśni mężczyźni. Ich wzrok był straszny. Niektórzy spoglądali na nas ukradkiem, a inni się z tym nie ukrywali. Nie skłamię jeżeli powiem, że u niektórych w oczach widziałam to podniecenie. Chciałam jak najszybciej stąd wyjść i odjechać jak najdalej, ale wiedziałam, że Sara nie da rady jechać dłużej.

     Stanęłyśmy przodem do baru i rozglądnęłyśmy się na boki, lecz za barem nikogo nie było. Odwróciłam się przodem do wszystkich tutaj obecnych i zobaczyłam mężczyznę w białej koszuli ścierającego jeden ze stolików. Skierowałam się w jego kierunku z myślą, że może powie nam gdzie można wynająć pokój w tym nieszczęsnym hotelu. Zatrzymałam się koło stolika jednak mężczyzna nawet mnie nie zauważył. Dalej był zajęty czyszczeniem jakże czystą szmatką stolika. Zaczęłam się irytować. Stoję przy nim, a on nawet nie zwróci na mnie swojej uwagi. W końcu obsługa ludzi to przecież jego praca. Już całkiem zirytowana odchrząknęłam na tyle głośno, by mnie usłyszał. Mężczyzna zastygł w miejscu i podniósł swój wzrok na mnie zatrzymując się na moim biuście co zdenerwowało mnie jeszcze bardziej. Odchrząknęłam ponownie i jego wzrok w końcu powędrował na moja twarz.

- W czym mogę Panią pomóc? – jego ton głosu był olewający. Tak jakbyśmy mu właśnie przerwały coś bardzo interesującego, a nie ścieranie jakiegoś zarzyganego stolika.

- Gdzie możemy wynająć pokój?

- U mnie – odpowiadając na moje pytanie zaczął wycierać swoje dłonie w tą samą szmatkę, którą jeszcze przed chwilą wycierał blat. Zrobiłam szerokie oczy na ten widok co go wcale nie ruszyło.

- Chciałybyśmy wynająć pokój dwuosobowy z dwoma łóżkami.

- Nie ma – odwrócił się i ruszył w stronę baru, nie racząc nas nawet jednym spojrzeniem.

- A jakie są? – nie dawałam za wygraną. Nie mam zamiaru spać w samochodzie.

- Zostały nam dwuosobowe, ale z jednym łóżkiem.

- Ugh… Ile za noc?

- 40 $.

-Ile?! – na to co usłyszałam prawie zakrztusiłam się własną śliną. Spojrzałam na moją towarzyszkę i jej mina była równie zdziwiona co moją. 40 $ za noc w tak obskurnym miejscu to gruba przesada. Ale mamy jakieś inne wyjście? Nie. No chyba, że chcemy spać w samochodzie, ale wtedy ja odpadam.

- Bierzemy – na te słowa barman wyciągnął w moim kierunku rękę. Domyśliłam się, że chodzi o pieniądze, ale nie ma tak. Najpierw pokój później kasa. Odwróciłam się do niego plecami i ruszyłam ku wyjściu – Proszę pokazać, który to.

     Barman nie odzywając się wyprzedził mnie i Sara i zaczął wchodzić po schodach, których wcześniej nie zauważyłam, a stały przy wejściu do baru. Skierowałyśmy się za nim jednocześnie rozglądając się po bokach. Piętra były w tak samo złym stanie jak bar. Z tą różnicą, że tutaj ściany nie były brudne od wymiocin.
Mężczyzna zatrzymał się i stanął przy jednych z wielu drzwi i podał nam klucz do pokoju.

- 40 $.

- Proszę – podałam mu odliczoną kwotę i podałam klucz Sarze.

- Miłego pobytu – powiedział to z dziwnym uśmieszkiem i poszedł w stronę schodów prowadzących na dół.

     Sara otworzyła kluczem drzwi i pchnęła je przed siebie. Zapaliła światło w środku, ponieważ we wnętrz było ciemno z powodu zasłoniętych żaluzji. Po zapaleniu żarówki naszym oczom ukazał się pokój w kolorze zgniłej zieleni z ogromną ilością brudnych plam, z jednym dwuosobowym łóżkiem, szafą i drzwiami prowadzącymi do łazienki.


- Nie ma co. Postarali się. Wygląda tutaj tak samo jak na dole – powiedziałam zamykając za sobą drzwi od naszego „cudownego” pokoju.

_________________________________________________________________________

I jak? Podoba się? Mówcie co o tym sądzicie :)

poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział 11

     

    


     Co czułam? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Bałam się? Nie to chyba nie to. Czułam wstręt do osób, które podjechały pod dom. Czułam do nich nienawiść. To co nam zrobili nie dało się opisać słowami. Na samą myśl o nich moje dłonie zacisnęły się w pięści i poczułam paznokcie wbijające się w moje dłonie. Czułam jak by czas się dla mnie zatrzymał, jak by wszystko co się działo nie dotyczyło mnie. Jak bym po prostu nie istniała.

     Ocknęłam się z transu i odwróciłam do Sary. Też była zła. Ściskała w dłoniach drzwi od samochodu, kostki od rąk już całkowicie jej pobielały. Odpowiedź była prosta. Wracamy.

- Wracamy? – mój wzrok był teraz skierowany na twarz mojej przyjaciółki. Jej wzrok skierował się na mnie w momencie wydobycia się moich słów.

- Jasne. Wyjdź przed garaż i pomożesz mi wyprowadzić z niego samochód – była pewna tego tak samo jak ja. Nie zawahała się ani przez moment. Wsiadła do samochodu i odpaliła silnik. Po chwili już w powietrzu widziałam kciuk Sary oznaczający, że jest gotowa.

     Ostatnie głęboki oddech i ruszyłam w kierunku wyjścia. Wychodząc skierowałam swój wzrok na podjazd. Stali tam. Wszyscy bez wyjątku. Jak gdyby to był zwykły dzień i nic się nie działo. Spojrzenie Etana skierowało się na mnie i już mogłam dostrzec jego uśmiech kierowany w moją stronę. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia.

     Odwróciłam się  stronę wyjeżdżającego Lexusa i ręką kierowałam go tak by nie zahaczył o żadną ze ścian od garażu. Powoli, ze spokojem Sara wyprowadziła samochód. Bez chwili namysłu wsiadłam na miejsce pasażera i samochód znowu ruszył. Wyrazy twarzy osób sprzed domu były jednakowe. Zdziwienie opanowało wszystkich.

     Sara zmieniła bieg w samochodzie i już miała przyspieszyć kiedy znikąd pojawił się przed nami Ethan. Blondynka w ostatniej chwili nacisnęła hamulec i auto stanęło. Chłopak nic sobie z tego nie robiąc stał w tym samym miejscu dalej. Sara bez chwili zawahania zaczęła trąbić, jednak to też nie dało żadnego skutku.

- Ruszaj – powiedziałam ze spokojem. Nie chciałam by nerwy wzięły górę, bo źle by to się skończyło.

- Co? – blondynka spojrzała się na mnie z szeroko otwartymi oczami i chyba sama nie wierzyła w to co przed chwilą usłyszała – Ty chyba nie mówisz poważnie Emi?

- Sara jak teraz nie ruszysz to nie odjedziemy stąd. Przecież go nie przejdziesz. Na pewno się wystraszy i odskoczy – patrzyła na mnie z widocznym wahaniem, a ja kontynuowałam dalej – Sara jedź.

     Dziewczyna złapała za sprzęgło i nacisnęła pedał gazu. Samochód ruszył i jechał w stronę Ethana i nagle się zatrzymał, a nami szarpnęło. Odgarnęłam włosy, które opadły mi na twarz i spojrzałam przed siebie. Ethan stał tam niczym nie wzruszony i trzymał rękę na masce samochodu. Spojrzał na nas i podniósł dłoń z maski. W miejscu, gdzie przed chwilą on trzymał rękę znajdowało się małe wgniecenie.

     Patrzałam na miejsce, w którym przed chwilą trzymał dłoń i nie wierzyłam. Jakim cudem on zatrzymał jedną ręką samochód? Przecież to jest niemożliwe. Normalny człowiek nie ma tyle siły.

- Co do cholery? – usłyszałam głos dochodzący z siedzenia obok, jednak długo się nie zastanawiając odpięłam pas bezpieczeństwa i wyszłam z samochodu. Stanęłam za drzwiami od pasażera i mocno je ścisnęłam.

- Odsuń się! – starłam się w miarę jak to tylko było możliwe być spokojna. Nie chciałam dać po sobie znać, że jestem wściekła. Nie chciałam dać mu przewagi nad sobą.

- Nie – powiedział to bez żadnych emocji w głosie. Tak jak by to była normalna odpowiedź. Jak by ktoś się go pytał czy chce herbaty, a ona grzecznie odmówił.

- Co?

- Powiedziałem nie.

- Cholera słyszałam co powiedziałeś! Odsuń się! – coraz bardziej było mi trudno panować nad gniewem.  W tej samej chwili usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi od strony kierowcy.

- Ethan odsuń się chcemy przejechać – usłyszałam głos mojej przyjaciółki, która wychylała głową przez dopiero co otwarte drzwi. Ona w odróżnieniu ode mnie była spokojna. Wyglądała jak by wcale się nie denerwowała.

- Gdzie jedziecie? – odniosłam wrażenie jak by udawała, że jej nie słucha. Spojrzał się na nią i zadał pytanie, a potem znowu skierował swoje spojrzenie na moją osobę.

- Wyjeżdżamy – znowu odezwała się Sara. Wiedziałam, że chce ratować sytuacje, by w spokoju móc stąd odjechać.

- Dokąd? – kolejne pytanie, lecz tym razem nie spojrzał się na moja przyjaciółkę tylko ciągle patrzał na mnie.

- Nie Twój zasrany interes – wycedziłam przez zęby zabijając go jednocześnie wzrokiem, a ten jedynie nic sobie z tego nie robiąc uśmiechnął się.

- Oj Emi, Emi nie bądź taka niemiła – i ten jego głupi uśmieszek, który miałam ochotę tu i teraz zetrzeć mu z tej buźki.

- Dla Ciebie Amanda – nie mogłam się powstrzymać. Musiałam to powiedzieć. Przez te kilka dni pozwalałam mu tak do siebie mówić, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam jacy oni są naprawdę. W tej chwili stracił taką możliwość już nieodwracalnie.

- No dobrze. To powiesz mi Sara, gdzie jedziecie, bo Emi – specjalnie zrobił nacisk na zdrobnienie mojego imienia – nie dała Ci odpowiedzieć na moje pytanie.

- Koniec! Masz się w tej chwili odsunąć od tego samochodu! Rozumiesz?! Czy mam Ci to do cholery przeliterować!

- Jak byś mogła – uśmiechnął się, a ja w tym momencie wybuchłam. Już nie potrafiłam zapanować nad gniewem.

- Wiesz dokąd jedziemy?! Jak najdalej od Ciebie i tej Twojej pojebanej rodzinki! Jesteś jednym wielkim psycholem! Ukrywałeś nasz samochód! Śledziłeś w lesie! Kontrolowałeś każdy nasz ruch! Całe życie nas obserwowałeś! – chciał coś powiedzieć, ale nie dałam dojść mu do słowa – Jesteś psycholem, który napisał o moim życiu książkę!

- Skąd Ty to… - po raz kolejny nie dałam dojść mu do słowa.

- Trzeba było lepiej ukryć tą zasraną książkę! A może powinnam ją nazwać powieścią?! O nie już wiem! Prywatną biografią Amandy Black! – spoglądał na mnie wzrokiem nie wyrażającym żadnych uczuć, a mnie to doprowadzało do jeszcze większego gniewu.

- Wy nic nie rozumiecie – odpowiedział spokojnie, jednak nie mogę tego samego powiedzieć o sobie.

- I nie chcemy rozumieć! Wiesz co?! Mam Ci tylko jedno do powiedzenia! - ruszyłam w jego kierunku. Z każdym kolejnym moim krokiem jego wyraz twarzy się zmieniał, a moje pieści coraz bardziej zaciskały – Dla mnie jesteś martwy! – wysyczałam przez zaciśnięte do granic możliwości zęby, a go to nawet nie ruszyło. Spłynęło to po nim jak po ścianie.

- Już od dawna nim jestem.

______________________________________________________________________
I kolejny rozdział. Jak wam się podoba? Czekamy na opinię.

czwartek, 20 marca 2014

Rozdział 10


  

     Kolejne dni mijały tak samo. Codziennie rano wstawałyśmy, Elizabeth robiła nam śniadanie, a następnie znikali na 2-3 godziny. Później wracali i spędzali całe dni z nami. Coraz więcej czasu spędzałam z Etanem. Wydawałoby się, że każdą wolną chwile ze mną spędza. Dużo rozmawialiśmy i można nawet powiedzieć, że go polubiłam, może nawet powiedzieć, że o wiele za mocno niż powinnam. W ciągu tych kilku dni poznałyśmy resztę przybranego rodzeństwa chłopaków. Nie sądziłam, że Elizabeth i William mają piątkę przybranych dzieci. Oprócz Etana, Jeffreya i Oliviera jest jeszcze Sophie i Emily. Od razu widać jak wielkim uczuciem się darzą. Niby nie są ze sobą związani węzłem krwi, ale traktują się jak prawdziwe rodzeństwo. Droczą, przedrzeźniają, ale i pomagają i wspierają. Kilka razy wraz z Sarą i dziewczynami wybrałyśmy się na spacer po lesie. Dobrze mi się z nimi rozmawiało. Wydaje mi się, że Sarze też.

     Dużo razy zaczynałyśmy rozmowę na temat tego, że musimy już wracać, bo z pewnością rodzice się o nas martwią, że nie dajemy im jakichkolwiek znaków życie, ale oni zawsze w tym momencie zmieniali temat. Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy co jest tego powodem. Jednak dwa dni później dowiedziałyśmy się wszystkiego…
Rano obudziłyśmy się jak zwykle o tej samej porze, czyli o 9 i zeszłyśmy ubrane już na dół. Zjadłyśmy śniadanie przygotowane przez Elizabeth i zostałyśmy same. Na zewnątrz świeciło słońce i panowała śliczna pogoda.

- Emi, a może się przejdziemy? – zapytała Sara w momencie kiedy spoglądałam przez okno.

- Dobra myśli, nie chce mi się siedzieć w domu. Może wreszcie obejrzymy dom od zewnątrz. Co Ty na to?

- W sumie jeszcze tego nie robiłyśmy, więc czemu nie – uśmiechnęłam się do blondynki i ruszyłam w stronę drzwi. 

     Wyszłyśmy z domu i ruszyłyśmy wzdłuż budynku. Nie było sensu zamykać drzwi, ponieważ Sophie dużo razy nam mówiła, że nikt tędy nie przechodzi, więc na pewno nikt nie wejdzie do środka.
Chodziłyśmy i oglądałyśmy dom kiedy zauważyłyśmy duże drzwi, które wyglądały jak drzwi od garażu.  To było dosyć dziwne, bo wszyscy parkowali swoje samochody na podjeździe i nikt nie wspominał o tym, że mają garaż.

- Ciekawe jaką furę trzymają tutaj – popatrzyłam na Sarę uśmiechając się, która zrobiła to samo w międzyczasie poruszając brwiami. Wiedziałam o co chodzi. Szczerze to nawet na to liczyłam. Ona także chciała zobaczyć co jest w środku – Wracajmy do środka. Wejdziemy do niego od wewnątrz, bo tędy raczej nie da rady bez kluczy.

- Szybko, bo nie wiadomo kiedy wrócą – ruszyłyśmy biegiem do domu by nie tracić czasu. Po wejść do środka zamknęłyśmy drzwi na zamek by w razie ich powrotu zyskać trochę czasu na wyjście z garażu. Skierowałyśmy się bezpośrednio do drzwi prowadzących do naszego celu. Jednak czego my mogłyśmy się spodziewać. Były zamknięte.

- Dawaj wsuwkę – powiedziałam do przyjaciółki jednocześnie wyciągając rękę po to o co proszę. Sara szyderczo się uśmiechając podała mi spinkę. Wspominałam, że potrafię wsuwką otwierać zamki? Chyba nie. Nauczyłam się tego podczas moich ucieczek z domu wraz z Sarą. Rodzice zawsze zabierali mi podczas szlabanu klucze i myśleli, że gdy zamkną drzwi na zamek, którego nie da się otworzyć bez klucza to nie opuszczę mieszkania. Oj jak bardzo się mylili. Zawsze wieczorami uciekałam z domu na jakąś imprezę, na którą oczywiście nie mogłam iść. I tak jakoś wyszło, że stałam się dosyć dobra w te klocki.

     Odwróciłam się do blondynki plecami i wsadziłam wsuwkę do zamka. Sara stanęła za mną obserwując czy ktoś nie wchodzi a ja w tym czasie otwierałam drzwi. Kilka przekręceń i po chwili było słychać stuknięcie zamka i drzwi były otwarte. Uśmiechnęłam się sama do siebie i otworzyłam drzwi na roścież. W pomieszczeniu panowała ciemność. Po omacku zaczęłam szukać włącznika światła.

- Ciekawe co za autko tu trzymają – odezwała się Sara w momencie kiedy ja pod palcami poczułam zimny włącznik światła i nacisnęłam go. Po sekundzie włączyło się światło, a my stałyśmy zamurowane.

- Twój Lexus – w garaży stało nie co innego jak auto Sary. To samo, którym jechaliśmy do Los Angeles. To samo, którym wjechałyśmy w te zasrane drzewo. To samo, które zniknęło w momencie kiedy my byłyśmy nieprzytomne w lesie.

     Podeszłyśmy bliżej samochodu nie wierząc, że ona naprawdę tam stał przez cały czas. Sara stanęła przy drzwiach od kierowcy i pociągnęła za klamkę. Drzwi ustąpiły. Spojrzałyśmy na siebie zdziwione, a Sara zaglądnęła do środka.

- Kluczyki są w stacyjce – powiedziała i wsiadła do środka, a ja w tym czasie podeszłam do maski samochodu by sprawdzić jak duże są obrażenia bo uderzeniu w drzewo. Jakie było moje zdziwienie, gdy nie była ani jednej rysy na masce. Nie wierząc w to nachyliłam się i przyjrzałam. Ani jednego śladu po tym całym wypadu.

- To na pewno Twój samochód?  - zapytałam się Sary, bo zaczęłam w to powoli wątpić.

- A kogo niby jak nie mój? – odpowiedziała wychylając głowę zza drzwi kierowcy.

- Bo tutaj nie ma ani jednaj ryski po tym wypadku – blondynka spojrzała się na mnie ze zdziwieniem – Otwórz bagażnik – poprosiłam i podeszłam do klapy bagażnika, a ona wykonała moją prośbę - Cholera. To Twoje auto. W środku są nasze rzeczy – w tej chwili byłam wściekła i wszystko zaczęło mi się powoli układać w głowie. Wypadek, obudzenie się w lesie, spotkanie chłopaków, pobyt u nich w domu i zmienianie za każdym razem tematu, kiedy zaczynałyśmy mówić o powrocie, a co najważniejsze ta książka. Oni nas od dawna obserwowali. Ale jaki mieli w tym cel? W tej chwili postanowiłam to zakończyć. Nie pozwolę by zabawiali się naszym kosztem – Sara jedziemy stąd. Jak otwiera się ten głupi garaż?


- Poszukaj guzika przy ścianie – tak jak powiedziała tak też zrobiłam. Na jednej ze ścian był przycisk, który od razu nacisnęłam i drzwi zaczęły się otwierać. W chwili kiedy otworzyły się całkowicie usłyszałyśmy samochód parkujący pod domem. Spojrzałyśmy się na siebie i jednocześnie powiedziałyśmy – Wrócili.

______________________________________________________________________
Kolejny rozdział a my dalej nie wiemy czy czytać. Miło by było gdybyście zaczęli komentować.

wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 9


    


     W pokoju spędziłam sporo czasu, za oknem zrobiło się już ciemno co było spowodowane z pewnością późną godziną. Nie miałam najmniejszej ochoty z niego wychodzić. Wiem, że było to samolubne z powodu Sary, bo została tam na dole sama, ale to była moja chwila słabość. Fakt rzadko je miewam, ale jestem w końcu tylko człowiekiem, który może nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale też posiada uczucia.
Przez te parę godzin zdążyłam wywietrzyć cały pokój, więc nie było ani jednego śladu tego, że w tym pokoju się paliło. Siedziałam na łóżku i myślałam. Tyle myśli w mojej głowie. Myślałam, że zaraz moja głowa wybuchnie, ale jeden plus by w tym był. Nie musiałabym myśleć.

     Moją chwilę rozmyślania przerwał warkot silnika dobiegający z podwórka. Podniosłam się i powoli skierowałam do okna ciekawa kto przyjechał. Z samochodu wysiedli chłopacy z jakimś mężczyzną i kobietą. Nie przypominam sobie żebym ich kiedykolwiek wcześniej tutaj widziała, ani tego żebym słyszała jak chłopacy odjeżdżają stąd samochodem. W czasie kiedy ja myślałam chłopacy wraz z nieznanymi mi jeszcze osobami skierowali się do głównych drzwi. Już po chwili usłyszałam zamykane drzwi wejściowe. Nie słyszałam o czym rozmawiają tam na dole, ale byłam przekonana, że przedstawiają im Sarę. Dużo czasu nie musiało minąć a usłyszałam kroki i byłam dosłownie pewna, że to nie moja przyjaciółka. W chwili kiedy usłyszałam, że ta osoba staje pod drzwiami postanowiłam udać, że śpię. Szybko położyłam się i nawet nie przykryłam kołdrą, by wyglądało to tak, że zasnęłam leżąc. Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi i od razu przestałam się ruszać.

- Amanda śpisz? – usłyszałam głos Etana, który pochodził od strony drzwi. Kiedy nie uzyskał odpowiedzi ruszył w moim kierunku. Doskonale czułam jak się zbliżał i strasznie chciałam otworzyć oczy i zobaczyć co chce zrobić, jednak nie mogłam nawet się ruszyć i ciągle udawałam, że śpię. Już po chwili znajdował się przy łóżku – Emi – powiedział cicho i najprawdopodobniej się nade mną nachylił, by sprawdzić czy śpię – Śpisz? – w momencie kiedy Etan po raz trzeci nie uzyskał odpowiedzi nachylił się jeszcze bardziej. Poczułam jego ciepły oddech na swoim policzku. Automatycznie serce zaczęło mi szybciej bić. Nie miałam pojęcia co on chce zrobić i wtedy poczułam jak całuje mnie w policzek. Zdziwienie jakie mnie wtedy ogarnęło było nie do opisania. Dosłownie nie wiedziałam co mam robić – Słodkich snów Emi – powiedział to odsuwając się ode mnie. Usłyszałam, że się porusza i po chwili mogłam usłyszeć jak zamykają się za nim drzwi. Podniosłam się do pozycji siedzącej i wpatrywałam w drzwi, w których zniknął, jednocześnie trzymając rękę na miejscu, w którym przed chwilą znajdowały się jego usta.

- Co to do cholery miało być? – powiedziałam sama do siebie i opadłam na łóżko. Chwilę jeszcze leżałam zastanawiając się nad tym dopóki moje powieki nie zrobiły się ciężkie i nie odpłynęłam do krainy snów.

     Rano obudziłam się całkowicie wyspana. Nie wiedziałam, która jest godzina z powodu braku telefonu i jakiegokolwiek zegarka w pokoju. Zgaduje, że wcześnie bo Sara jeszcze śpi. W sumie nawet nie wiem, o której wróciła do pokoju bo jej nie słyszałam. Mam nadzieję, że nie jest zła za to, że wczoraj ją zostawiłam. Jestem ciągle ciekawa po co Etan przyszedł do mnie do pokoju i jeszcze ten buziak w policzek. Niby to nic takiego jednak w momencie kiedy jego usta dotknęły mojej skóry przeszedł mnie dziwny dreszcz. Poczułam jakby kopnął mnie delikatnie prąd. Te uczucie było inne. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam.

     Po dość krótkiej chwili poczułam, że moja współlokatorka zaczyna się budzić. Spoglądałam w jej stronę i uświadomiłam sobie jak się zmieniła. Jak obie się zmieniłyśmy. Kiedyś dwie zbuntowane nastolatki, a dzisiaj? Dzisiaj dwie dorosłe kobiety, które zaczynają żyć na własną rękę. Nie powiem, bo trochę z nastolatek nam jeszcze zostało, między innymi charakterki. Ciągle dalej tak samo pyskate, nie dające sobie wejść przez nikogo na głowę. Jednak te nastoletnie wybuchy gniewu, ucieczki z domów podczas szlabanu i całodobowe kłótnie z rodzicami gdzieś zniknęły. Już tego nie ma. Jednak dalej każda z nas ma momenty chęci wykrzyczenia światu wszystkiego co nas denerwuje, wszystkiego czego mamy dość. Ale teraz to już nie jest tak częste jak kiedyś. 

     Sara otworzyła oczy i spojrzała na mnie. W jej oczach nie widziałam gniewu, ani zawodu. Raczej współczucie, chęć pomocy. Wiedziałam, że bardzo chciałaby mi pomóc, ale nie wiedziała jak. Sama nie wiedziałam dokładnie co powinnam zrobić. Ale jedną rzecz wiedziałam na sto procent. Musiałam ją przeprosić za wczorajszy dzień. Nie powinnam tak robić nawet w złości na kogoś innego. Obie jesteśmy teraz w ciężkiej sytuacji i musimy się nawzajem wspierać.

- Przepraszam – powiedziałam jednocześnie się do niej przytulając –Nie powinnam tak robić. Powinnyśmy się ciągle trzymać razem, a ja Cie wczoraj zostawiłam. Naprawdę bardzo, ale to bardzo Cię przepraszam – szczerzę nigdy się nie zastanawiałam jak to jest, że tylko ją zawsze szczerze przepraszam. Może dlatego, że ona jest wobec mnie zawsze szczera to ja też chce być taka wobec niej.

- Nic się nie stało. Zapewne tak samo bym się zachowała, gdybym to ja przeczytała takie coś o sobie – mówiła to odwzajemniając uścisk. Poczułam się wtedy lepiej. Byłam pewna, że nie jest już na mnie zła za to co było dzień wcześniej.

- Cieszę się, że nie jesteś zła – mówiłam odsuwając się od niej i uśmiechając jednocześnie.

- Nie bądź głupia Emi nie mogłabym się na Ciebie gniewać. Jesteśmy przecież jak siostry, nas nie da się skłócić. Zapomniałaś łajzo? – cały czas się uśmiechała mówiąc to aż do momentu kiedy wypowiedziała słowo „łajzo”, wtedy już wybuchła śmiechem. Sama nie mogłam się opanować i też śmiałam się jak jakaś psychicznie chora, która właśnie ma atak głupawki.

- Nie zapomniałam jełopo. Takich rzeczy się nie zapomina. Tak samo jak tego, gdy miałyśmy po 11 lat i spadłyśmy z drzewa prosto do jeziora – wspomniałam jednocześnie się śmiejąc z tego co przeżyłyśmy razem od momentu kiedy się poznałyśmy. Po prostu naszło mnie na wspomnienia.

- Pamiętam! To wtedy kiedy musiałam Cię wyciągać z wody, bo nie umiałaś pływać. Gdyby nie ja to byś się tam utopiła. Jestem jak superman! – krzyknęła i zaczęła się prężyć na łóżku co wywołało u mnie kolejny atak śmiechu.

- Jak już to superwoman, a nie superman głupolu.

- Oj tam szczegóły. Ważne, że uratowałam Ci tyłek.

- Racja, a pamiętasz jak… - i zaczęło się wspominanie dzieciństwa. Wspominałyśmy ucieczki z domu, śledzenia naszych starszych znajomych, którzy najczęściej wybierali się na randki, spacery po parku bez zgody rodziców, pierwszy wypad do klubu, pierwszy kieliszek wódki i upicie się do stanu nieprzytomności. Nie ma co mogę śmiało powiedzieć, że moje dzieciństwo wraz z tą wariatką było najlepsze jakie mogłam sobie wymarzyć. Nie ważne co robiłyśmy, zawsze razem. Nasi rodzice często się z nas śmieli, mówili, że do toalety na pewno też razem chodzimy i przytrzymujemy sobie nawzajem majtki, a to tylko dlatego, że byłyśmy nierozłączne. Zawsze razem.

     Kiedy przestałyśmy wspominać obie postanowiłyśmy, że zejdziemy na dół żeby coś zjeść. Fakty były takie, że byłam niemiłosiernie głodna. Oprócz wczorajszego śniadania niczego więcej nie jadłam. Mój brzuch domagał się sycącego posiłku, który mogłabym jedynie dostać schodząc na dół do kuchni. Jednak wcześniej obie skorzystałyśmy z łazienki by doprowadzić się do jako takiego wyglądy, żeby ludzi na nasz widok nie dostali zawału.

     Idąc schodami w dół zastanawiałam się jak mam się zachowywać w stosunku do Etana. Mam udawać, że naprawdę spałam czy, że doskonale wiem co zrobił. Jednak postanowiłam się trzymać pierwszej opcji. Nie dam po sobie poznać, że wiem co wczoraj zrobił.

     W salonie byli już chyba wszyscy, łącznie z tymi nowymi ludźmi. Wydawali się na starszych niż Etan, Jeffrey i Olivier. Chcąc nie chcąc musiałam podejść się przywitać. Skierowałam się w stronę kanapy i jak na zawołanie odwrócił się Etan. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że się do mnie promiennie uśmiechnął. Ale zaraz on się przecież nie uśmiecha. Tylko raz, może dwa razy widziałam jak się uśmiecha, a tutaj takie zaskoczenie. Niepewnie odwróciłam wzrok nie odwzajemniając uśmiechu na kobietę i mężczyznę, którzy w momencie kiedy ja przyglądałam się Etanowi najprawdopodobniej wstali. Zrobiłam jeszcze jeden krok na przód i byłam wystarczająco blisko by podać im rękę, jednak kobieta była szybsza.

- Witaj Amanda – zaraz, chwila skąd ona zna moje imię? Już chciałam zrobić wielkie oczy i się jej o to zapytać, jednak ona znowu była szybsza i zaczęła dalej mówić – Jestem Elizabeth, a to mój mąż William. Jesteśmy zastępczymi rodzicami chłopaków – zastępczymi rodzicami? Jak to możliwe, przecież ta kobieta wygląda na niewiele starszą ode mnie i Sary. Idealna cera. Brak jakichkolwiek zmarszczek. Piękne długie brązowe włosy i prześliczne piwne oczy, które od razu wzbudzają wielkie zaufanie. Sylwetka jakiej można by było tylko pozazdrościć. Jeżeli ona używa jakiegoś eliksiru młodości to ja chce przepis i to koniecznie.

- Miło nam Cię poznać – powiedział jej mąż w momencie kiedy to on podawał mi teraz rękę. Spojrzałam się na niego i doszłam do wniosku, że nie może być starszy od swojej żony o góra 6 lat. Ciemne brązowe włosy i błękitne oczy. Wysportowana sylwetka. Oboje wyglądali bardziej na ich rodzeństwo niż zastępczych rodziców. No, ale cóż każdy robi to co chce i uważa za słuszne. Jeżeli oni w tak młodym wieku pragnęli zaadoptować już dzieci to tylko ich sprawa.

- Mi również miło Państwo poznać – szczerze nie spodziewałam się, że oni mieszkają tutaj z rodzicami, a na dodatek zastępczymi, ale czego mogłam się spodziewać przecież taki duży dom nie mógł należeć tylko do trzech chłopaków. To było do przewidzenia.

- Chcieliśmy Cie przedstawić wczoraj, ale jak po Ciebie poszedłem to już spałaś – odezwał się Etan jednocześnie po raz drugi dzisiejszego dnia się uśmiechając.

- A tak. Byłam wczoraj bardzo zmęczona dlatego szybciej poszłam spać – odpowiedziałam udając niewzruszoną.

- Na pewno jesteście głodne. Pójdę wam zrobić jakieś kanapki. Zaraz wracam – powiedziała Elizabeth i udała się do kuchni.

     Spojrzałam na wszystkich po kolei i poczułam się dziwnie. Wszystkie spojrzenia były skierowane na mnie. Czułam się osaczona. Nie mogłam wytrzymać panującej tu atmosfery i musiałam ją natychmiast przerwać.

- Mam coś na twarzy? – zapytałam się, jednak w momencie kiedy wszyscy zrobili zdziwione miny rozwinęłam o co mi chodziło – Wszyscy się na mnie patrzycie. Dlatego pytam czy mam coś na twarzy.

- Co? Nie – wszyscy jednocześnie się odezwali co nie powiem śmiesznie wyglądało. A do tego ich miny, które jak nic zdradzały, że teraz kłamią, ale nie chcąc ciągnąc tego tematu usiadłam koło blondynki i udawałam, że wierzę w to co mówią.

     Po niedługim czasie wróciła Elizabeth z talerzem pełnym kanapek. Jak zwykle nikt z nich z nami nie jadł. Wykręcali się tym, że już jedli i nie są głodni. No cóż, żadna z nas nie naciskała i zjadłyśmy same. Po śniadaniu znowu zostałyśmy same w domu, a on gdzieś wyszli. Postanowiłam porozmawiać o wczorajszym dniu.

- Co zrobimy z wczorajszym dniem?

- Nie wiem. Nie powiem to było dosyć dziwne. Ale może jest do tego jakieś logiczne wytłumaczenie – odpowiedziała mi.

- Teoretycznie tak, ale nie codziennie się znajduje swoją „biografię” – w czasie wypowiadania ostatniego słowa zrobiłam cudzysłów w powietrzu.

- Masz rację. Może na razie nie będziemy nic z tym robić, a jak bardziej ich poznamy to po prostu się ich zapytamy. Co Ty na to?

- W sumie to dobry pomysł – przytaknęłam jednocześnie głową.

- Ja zawsze mam dobre pomysły –  na koniec wyszczerzyła się blondynka co wyglądało dosyć śmiesznie i wywołało u mnie napad śmiechu.

     Trochę jeszcze porozmawiałyśmy i wróciła reszta. Zaproponowali oglądanie telewizji na co od razu się zgodziłyśmy. Cały dzień spędziliśmy w swoim towarzystwie na rozmowach i oglądaniu filmów. Było całkiem miło. Wieczorem każdy udał się do siebie, żeby położyć się spać i odpocząć.

________________________________________________________________________

Jeżeli wam się podoba to komentujcie bo dalej nie wiadomo czy komuś się to podoba i czy warto pisać, bo ostatnio był tylko jeden komentarz i na dodatek od Bozi :D

piątek, 7 lutego 2014

Rozdział 8

jjPrze
   Przeczytaj notkę pod rozdziałem !!
    



     Powoli zeszłyśmy schodami prowadzącymi do piwnicy. W jednej chwili poczułam niepewność. A może nie powinnyśmy tu być? Przecież sama bym nie chciała by ktoś grzebał w moich rzeczach, a właśnie będę sama to robić tutaj. Może nie warto? Jednak te uczucie szybko minęło, gdy Sara zapaliła światło. Sam wygląd tego pomieszczenia jest interesujący, aż kusi by wejść głębiej. Od razu widać, że kryje swoją historie, którą my chcemy jak najszybciej poznać i to najlepiej ze szczegółami.

     W jednej chwili rozeszłyśmy się na boki. Sara poszła to skrzyni, a ja do regału z książki. Miałam dziwne przeczucie, że coś tutaj znajdę. Tylko nie wiedziałam jeszcze co. Powoli na spokojnie zaczęłam przeglądać książki. Jedną po drugiej. Każda była o kimś innym. Zazwyczaj było opisane życie tej osoby od narodzin, aż po samą śmierć. To było intrygujące, bo skąd oni mogą wiedzieć tyle rzeczy o tak naprawdę obcych im ludziach.

     Nagle spojrzałam w lewo i zobaczyłam książkę, w której znajduje się coś grubszego. Nie mogłam jej ominąć. Ciekawość zwyciężyła. Wzięłam ją w swoje drobne dłonie i otworzyłam na zaznaczonym fragmencie. Jednak co to za opowieść, jeżeli nie wiesz o kim jest. Przerzuciłam strony  na początek i znieruchomiałam. Ta książka była o mnie. Drukowanymi literami było napisane "AMANDA BLACK". Nieświadomie tego co robię szybko ją zamknęłam. W mojej głowie panował chaos. Tyle myśli w jednym momencie "ale jak to?", "przecież to niemożliwe", "ktoś robi mi głupi żart", "dlaczego akurat o mnie?". Nie mogłam zrozumieć. Chwila minęła zanim to tak naprawdę do mnie doszło. Nie chciałam mówić na razie o tym blondynce, ponieważ mógł to być zwykły zbieg okoliczności co do imienia i nazwiska. Kiedy trochę opanowałam emocje otworzyłam książkę na zaznaczonym wcześniej fragmencie. Jako jedyna z tych książek, które przeglądałam była pisana ręczne i co najdziwniejsze nie byłą jeszcze skończona. Skąd się domyśliłam? Nie było daty śmierci tak jak w innych. Przewróciłam dwie kartki wstecz i zaczęłam czytać :

     (...)Amanda wraz ze swoją przyjaciółką umówiła się o 13 przy bloku Sary. Emi, bo tak tylko może mówić na nią przyjaciółka nie wiedziała dokąd jadą bo została jedynie poinformowana, że ma zabrać ze sobą ciuchy na dwa tygodnie. Tylko tyle o tym wiedziała. Jako, że od zawsze ufała swojej przyjaciółce zrobiła to o co kazała. Równo o 13 była w umówionym miejscu. O celu podróży dowiedziała się dopiero w aucie, które prowadziła blondynka. Sara zabierała ją z Californii do Los Angeles, gdzie jakiś czas temu wraz ze swoim tatą kupili im dom. Na razie miały tam pojechać zobaczyć czy im się tam spodoba i czy się tam przeprowadzą. To miał być tylko ich wyjazd, jednak uległy drobne komplikacje. W trakcie jazdy, gdy leciała dobrze im znana piosenka zaczęły śpiewać jej refren. Obie w tej chwili nie zwracały uwagi na jezdnię, którą od dłuższego czasu była pusta. W pewnym momencie Amanda spojrzała się na drogę i zobaczyła postać, która tak naprawdę pojawiła się tam znikąd. Chcąc uniknąć wypadku szybko poinformowała o tym Sarę. Jednak już było za późno na hamowanie. Dziewczyna chcąc uniknąć potrącenia postaci zjechała w bok. Prosto do rowu, w którym obie straciły przytomność. Przyjaciółki po wypadku obudziły się nie w samochodzie, lecz w lesie, w którym nie było ich rzeczy. Rudowłosa jedyne co czuła po obudzeniu to straszny ból nogi. Po sekundzie zorientowała się, że obok leży nieprzytomna Sara. W jednej chwili znalazła się przy przyjaciółce. W danym momencie opanował ją strach, który zelżał gdy blondynka się obudziła. Żadna z nich nie wiedziała, gdzie się znajdują, dlatego też postanowiły szukać pomocy. Szły w głąb lasu nie wiedząc nawet dokąd ich ta droga doprowadzi. Słysząc szum wody skierowały się w tamtą stronę jednocześnie cały czas czując się obserwowane. Po przejściu kawałka drogi Amanda nie miała już siły iść dalej z powodu bolącej nogi. Dlatego też się rozdzieliły. Amanda została, a Sara poszła się rozejrzeć. Zniecierpliwiona Emi postanowiła ruszyć w stronę Sary, kiedy usłyszała dźwięk łamiącej się gałęzi, jednak w miejscu, z którego dochodził hałas niczego nie było. Podtrzymując się drzewa wstała i zaczęła kierować się w stronę, gdzie zniknęła jej przyjaciółka jednocześnie trzymając się drzew dookoła. W jednej chwili poczuła czyjś dotyk na swojej ręce. Dziewczyna rzuciła się w ucieczkę. Biegła ile sił miała w nogach. Po przebiegnięciu dość dużej odległości stanęła. Spoglądając w stronę, z której przybiegła niczego nie zobaczyła. Spojrzała przed siebie i zobaczyła postać, która za nią biegła. Ruszyła tyłem, by mieć tą postać na widoku, kiedy potknęła się o gałąź i upadła. Postać zaczęła się do niej zbliżać, a Emi zaczęła prosić by odszedł. Młody mężczyzna złapał ją za rękę i pomógł wstać jednocześnie prowadząc w kierunku, którego ona nie znała.

     Kiedy skończyłam czytać to co do tej pory było zapisane tak naprawdę nie wiedziałam co mam zrobić. Nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy może płakać. Przecież ktoś wiedział o mnie wszystko. Co, gdzie i kiedy robiłam. To było straszne. To nie mogła być żadna pomyłka. Ta książka jest naprawdę o mnie. Przecież ktoś tu opisał nasz wypadek jak i całe moje życie od narodzin…

     Spojrzałam w kierunku Sary, która siłowała się z zamknięciem skrzyni i nie mogłam już siedzieć cicho. To zbyt mocno mnie przytłaczało.

- Sara - spojrzała na mnie, kiedy ja patrzałam na nią oczami przepełnionymi strachem - Tutaj jest opisane moje życie - w momencie kiedy to powiedziałam ręce zaczęły mi się trząść. Sara podeszła do mnie i wzięła ode mnie książkę.

- Co? Nie rób sobie ze mnie jaj Emi - mówiła to uśmiechając się do mnie jak by naprawdę w to wierzyła, jednak ja w tym momencie byłam strasznie poważna - Żartujesz prawda? - zapytała się już mnie tym razem mniej pewnie niż wcześnie. Ja jedynie w odpowiedzi pokiwałam przecząco głową. Nie byłam wstanie nic powiedzieć. Słowa uwięzły mi w gardle i po prostu nie chciały wyjść. Sara spojrzała na mnie ostatni raz i zaczęła czytać. Z każdym kolejnym przeczytanym słowem jej mimika twarzy się zmieniała jednak czytała dalej. Skończywszy czytać spojrzała na mnie i jedyne co potrafiła teraz powiedzieć to - I co teraz?

- Nie mam pojęcia… Wszystkie książki, które do tej pory obejrzałam są – wzięłam głęboki oddech i mówiłam dalej- one są zapisane komputerowo, a ta jest pisana ręcznie i jak widać, ktoś jej jeszcze nie skończył… - w jednej chwili się zawahała, nie wiedziałam czy mam mówić dalej - Sara tutaj wszystkie książki są napisane od narodzin aż do śmierci tych osoby, a moja nie jest skończona – w chwili kiedy dokończyłam swoje zdanie moja koleżanka zrobiła wielkie oczy.

- Pewnie to jakiś żart. Gdzieś jest pewnie ukryta kamera – Sara zaczęła okręcać się wokół własne osi, a po chwili zaglądała za regały wypełnione książkami – Pewnie zaraz ktoś tu wyskoczy i powie, że nas wkręcił.

- To nie są żarty – na moje słowa nagle stanęła i odwróciła się twarzą do mnie – Tu jest zbyt wiele szczegółów.

- O cholera…

- Poczekaj przeczytamy coś jeszcze – zaczęłam powoli przewracać kartki.

- Ok. Czytamy.

     Otworzyłam książkę bardziej na początku i już po chwili pojedyncze litery zaczęły składać się w słowa, a słowa w zdania.

     (…)Podczas, gdy Amanda spędzała czas w przedszkolu jej dziadkowie walczyli o życie. O życie osoby, która była dla nich oczkiem w głowie. O życie, które jest największym darem. O życie, które było zagrożone. Ci ludzie poświęcili swoje życie dla niej. Dla dziewczynki, która była ich jedyną wnuczką, która żyła nieświadoma zagrożenia towarzyszącego jej od dnia narodzin. Dla Amandy, dotychczas pięcioletniej dziewczynki o dużych niebieskich oczach i blond włosach dla, której każdy dzień był odkrywaniem świata bardziej i bardziej. Jednak jej bliscy wiedzieli, że ten dzień nadejdzie, że będzie trzeba stawić im czoło by Amanda mogła żyć spokojnie. Tego dnia miało to się odbyć. Walka o człowieka, który nieświadomie znalazł się w samym środku piekła. Zaczęło się. (…) Henry i Mery walczyli do końca. Do momentu aż serce przestało przetaczać krew do organizm, a mózg dostawać tlen. Walczyli i wygrali. Zabili tego, który to zapoczątkował. Zabili Aleksandra. Wampira, który od początku za cel wybrał sobie zniszczenie im życia za wszelką cenę. Nie udało mu się. Zniszczyli go, a reszta, która była mu tak wierna uciekła. Uciekła tam, gdzie nikt ich nie spotka, gdzie ich nie znajdą. Mery i Henry zginęli od ciosów nożem, który powoli, ale skutecznie odebrał im szanse patrzenia jak Emi dorasta, jak cieszy się życiem, o które tak walczyli. Odebrał szansę usłyszenia, że jest z nich dumna i dziękuje. Serce przestało bić, dusza odeszła wraz z miłością do tej dziewczynki i tym błyskiem w oczach na jej widok pozostawiając bezbronne ciało na pastwę okrutnego świata. (…)

     Rodzice odebrali Amandę z przedszkola wiedząc już o tym co wydarzyło się tam na szczycie wzgórza, na polanie, która niegdyś była oazą spokoju, a teraz miejscem rozlew krwi ich najbliższych. Nikt nie wiedział jak jej to przekazać. Jak powiedzieć pięcioletniemu dziecku, że jej dziadkowie nie żyją, że oddali dla niej życie. Postanowili nie mówić jej prawdy. W domu nadszedł czas na poważną rozmowę.

- Emi… kochanie musimy Ci coś powiedzieć – odezwała się mama nachylając się nad dziewczynką – Kochanie dziadkowie mieli wypadek… Wypadek samochodowy… Emi wiesz, że dziadkowie Cię kochali – Amanda pokiwała główką w górę i w dół pokazując, że doskonale o tym wie. Rodzice już nie kryli łez – Skarbie… Pan Bóg zabrał ich do góry… Do nieba… Siedzą teraz na jednej z chmurek i na Ciebie patrzą – blondyneczka patrzała się na rodziców i próbowała to sobie wszystko poskładać w jedną całość. Jak na tak małe dziecko dużo rozumiała, dzięki babci, która próbowała jak najwięcej przekazać jej swojej wiedzy – Babcia i dziadek Cie pilnują. Kiedyś ich jeszcze zobaczysz, ale na razie… na razie będą Cię tylko obserwować z góry – Emi zaczęła płakać. Pojęła, że już ich nie ma. Kochała dziadków i uwielbiała spędzać z nimi czas. Uwielbiała historie dziadka, które opowiadał jej do spania zawsze, gdy on był u niej lub ona u niego. Kochała spacery z babcią. Pragnęła już zawsze czuć się bezpiecznie w silnych ramionach dziadka i delikatnym uścisku babci.

- Obiecujesz? – powiedziała chlipiąc i delikatnie przecierają małą twarz swoimi drobnymi rączkami.

- Obiecuje skarbie…

     Nie mogłam uwierzyć w to co przed chwilą przeczytałam. Przez 14 lat myślałam, że moi ukochani dziadkowie zginęli w wypadku samochodowym, a jednak to nie prawda. Oni… oni oddali za mnie życie. Po to bym była bezpieczna i mogła żyć. Ale chwila… Nikt nie pomyślał czego ja bym chciała. Nikt nie wziął pod uwagę, że może to ja bym wolała umrzeć niż żeby to oni odeszli. Łzy samowolnie napłynęły mi do oczu szukając ujścia, które już po chwili znalazły.

     Ja – Amanda do tej pory z zewnątrz dziwnie spokojna toczyłam wewnętrzną walkę o spokój duszy. Głosy w mojej głowie nie dawały mi spokoju i ciągle słyszałam, że to moja wina, że to przeze mnie moi dziadkowie nie żyją. Słowa, które mówiły, że to ja jestem powodem tego, że ich nie ma. Odeszli przez niczego nieświadomą gówniarę, która nie była tego wcale warta.

     To co działo się wewnątrz mnie jednym słowem to istny koszmar, z którego za wszelką cenę chciałam się obudzić. Nie chciałam, nie mogłam pokazać Sarze jak bardzo jestem wściekła, jak bardzo teraz cierpię, bo to było nic w porównaniu z tym co przeżyli wtedy moi dziadkowie, jaki ból odczuwali w tamtej chwili.

     Stąpałam z nogi na nogę myśląc, że to może chociaż trochę pomoże. Jednak to nic nie dało. Nagle odwróciłam się i ruszyłam w stronę drzwi. Teraz potrzebowałam chwili samotności. Chciałam pobyć sama i przemyśleć to co się teraz dowiedziałam. Zanim doszłam do miejsca zwanego drzwiami usłyszałam głos mojej przyjaciółki.

- Gdzie idziesz?

- Muszę pobyć sama… Przemyśleć wszystko…

- Dobrze. Jeżeli będziesz chciała pogadać to mów.

- Dobrze. Dziękuję – zrobiłam krok do przodu i przytuliłam blondynkę. Nie chciałam by czuła się odrzucona, ale potrzebowałam teraz chwili ciszy.

     Idąc schodami do góry moje myśli ciągle kłębiły się wokół tego o czym się dowiedziałam. Tak bardzo bym chciałam zająć czymś umysł, ochłonąć. Zrobić coś co da chwilowe ukojenie. Nic jednak nie przychodziło mi do głowy. No cóż gdybym miała swoją walizkę, chociaż torebkę to zaraz bym coś znalazła.

     Omijając różnego koloru drzwi prowadzące do nieznanych mi pokoi doszłam do tego odpowiedniego. Do pokoju, w którym spędziłyśmy ostatnia noc. Znajdując się już w środku usiadłam na łóżku i obserwowałam wnętrze. Swój wzrok skierowałam na szafę. Nigdy wcześniej nie interesowałam się co w niej jest. Podniosłam się z mojego dotychczasowego miejsca i podeszłam do niej. Niepewnie zaczęłam otwierać drzwiczki, które miały pokazać mi co znajduje się w środku.

- Ciuchy? – powiedziała pod nosem z lekkim zdziwieniem. Nie spodziewałam się, że będą tutaj ciuchy.

     Wyciągając swoja rękę przed siebie położyłam i przeciągnęłam ją po równo ułożonych ubraniach. Moją ciekawość wzbudziła bardzo dobrze wyczuwalna nierówność. Automatycznie wsadziłam rękę pod ubrania by wyjąć to co tam jest. Poczułam tekturowe pudełeczko i nie mogłam już powstrzymać się by go nie wyjąć.

- Fajki! – prawię krzyknęłam z ekscytacji. Wiedziałam że to mi pomoże. Nikotyna zawsze dawała mi ukojenie. Nie żebym była uzależniona. Nic z tych rzeczy. Po prostu czasem, w gorszych chwilach lubię zapalić i oddać się przyjemnemu uczuciu roznoszącego się dymu w płucach. Tego ciepła, które obejmuje całe ciało. Nie powiem bardzo się ucieszyłam, ponieważ moja paczka została w torebce wraz z innymi rzeczami, a tutaj jest nawet w paczce zapalniczka –Chyba nikt się nie obrazi jak się poczęstuje jednym – wyjęłam jedną sztukę i odpaliłam, po czym resztę schowałam w to samo miejsce, z którego je wzięłam.


     Wraz z pierwszym pociągnięciem wszystkie troski odeszły zostawiając po sobie tylko smugę dymu która była coraz bladsza, aż wreszcie przezroczysta. Usadowiłam się wygodnie na podłodze i paliłam dalej. Nie myślałam w tej chwili o niczym. Chciałam przez tą chwile rozkoszować się smakiem mięty, który z każdą chwila stawał się słabszy z powodu przyzwyczajenia kubków smakowych do tego smaku. 

____________________________________________________________________

Długo nic nie dodawałyśmy, a to tylko dlatego, że nie wiemy czy ktokolwiek to czyta. Jeżeli nie komentujecie to dla nas oznaka, że nie warto pisać bo to nikogo nie interesuje. Dlatego jeżeli ktokolwiek z was to czyta to prosimy chociaż o komentarz typu "czytam", a dla nas to już oznaka, żeby dalej pisać. Z góry dzięki i mamy nadzieję, że do następnego rozdziału :D