sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział 7

     

     Rano obudziły mnie promienie słoneczne wpadające przez odsłonięte okno w pokoju. Zanim jednak wstałam leżałam w łóżku myśląc o poprzednim dniu. Świadomość tego, że żadna z nas nie wiedziała jak znalazła się w tym lesie była przerażająca. Jednak fakty były taki, że ktoś musiał nas tam zanieść, nie wiem kto, a może nawet co to było. Jednak chęć dowiedzenia się kto to był, była tak wielka, że aż nie do opisania. W pewnym sensie ten ktoś nas uratował, bo nie wiadomo co by się stało gdyby nie ta osoba. Równie dobrze mogłybyśmy już nie żyć, nawet z tak błahego powodu jak to, że samochód mógł się po prostu zapalić, a my byśmy spłonęły w nim żywcem. 

     Na samą myśl o tym energicznie potrząsnęłam głową, by wyrzucić te straszne myśli z mojej głowy. Nie mogę myśleć o takich rzeczach. Przecież żyjemy i nic nam nie jest, no może oprócz łuku brwiowego Sary i mojej nogi, która zresztą dalej była spuchnięta i bolała. Muszę coś z nią zrobić, bo jeżeli faktycznie jest złamana to będzie nie najlepiej.  Jednak w jednej chwili do głowy przyszedł mi natłok myśli. A co jeżeli już nigdy nie zobaczymy rodziny? Co jeżeli zostaniemy w tym lesie na zawsze? Co jeżeli jednak to dopiero początek koszmaru, w którym mamy grać z Sarą główne role? Żeby wymazać te złe myśli zamknęłam szybko oczy i zaczęłam myśleć o przyjemnych rzeczach. O tym jak uwielbiam z Sarą spędzać czas z naszymi znajomymi, o tym jak dobrze się bawiłyśmy z nimi ostatnimi czasy. Ale co jeśli to już nigdy nie nastąpi?

      Żeby całkowicie przestać o tym myśleć wstałam z łóżka i poszłam do łazienki jednocześnie nie budząc jeszcze śpiącej Sary. Wchodząc do łazienki zapaliłam światło, ponieważ w tym pomieszczeniu nie było żadnego źródła światła po za tym. Stanęłam nad umywalką odkręcając wodę. W momencie kiedy zaczął płynąc strumień przezroczystej cieczy nachyliłam się i przemyłam twarz. Woda dała chwilowe ukojenie, aż do momentu kiedy nie spojrzałam w lustro. Podpuchnięte oczy i niewielkie rozcięcia znajdujące się gdzie nie gdzie na twarzy przypominały mi o wczorajszym dniu. Nic dzisiaj nie było po mojej stronie. Nawet klamka w łazience, która jak na złość się zacięła.

     Po dość długiej walce z drzwiami udało mi się je otworzyć, jednak z negatywnym skutkiem. Obudziłam Sarę. Siedziała na łóżku przyglądając mi się z zaciekawieniem jak by widziała mnie po raz pierwszy. Odniosłam wrażenie, że właśnie myślała o tym samym co ja kilka minut temu, jednak nie chciałam nic wspominać o moich myślach, które nie powiem były straszne. Zresztą jak zwykle u mnie. Od zawsze pamiętam, że wszystko o czym myślałam było w ciemnych barwach, nigdy nie myślałam o czymś w dobrej perspektywie, tylko w tej złej. Wydawałoby się, że świat w mojej głowie zawsze był czarno-biały, ale to nie prawda. Stało  się to dopiero wtedy kiedy zrozumiałam, że jako nieśmiała dziewczynka nie dam sobie rady w życiu. Zrozumiałam, że żeby dać sobie radę muszę się zmienić, że muszę pokazać jaka jestem naprawdę. Wtedy uświadomiłam sobie, że ta nieśmiała dziewczynka to tylko maska, którą codziennie zakładam by zadowolić swoich rodziców, którzy zawsze chcieli mieć idealne dziecko, którym tak naprawdę nigdy nie byłam. Właśnie w tamtym momencie mój świat stracił barwy. Stałam się zimną i obojętną na wszystko dziewczyną. Tak naprawdę tylko przy Sarze potrafię być inna. I tylko ona nie zostawiła mnie w momencie, gdy się zmieniłam. Wszyscy starzy znajomi odeszli zostawiając miejsce dla nowych, tych którzy zajęli ich miejsce teraz. Jednak tylko przy Sarze zawsze mój świat nabiera kolorów, których zawsze w nim brakuje. Po prostu przy niej nie potrafię być inna, nawet nie chcę. Czy to oznaka przyjaźni? Czy to jest prawdziwa przyjaźń? Tak. Myślę, że tak. To ona jest właśnie osobą, która podniesie mnie z największego bagna w jakie wpadnę i co by się nie działo nie zostawi mnie. Jest takim moim aniołem stróżem, który jest zawsze przy mnie. Nie ważne co powiem, jaki sprawie ból jej lub innym ona zawsze będzie.

     Spojrzałam na blondynkę dalej siedzącą na łóżku delikatnie się do niej uśmiechając. Bo co miałabym zrobić? Rozpłakać się na środku pokoju i użalać jakie to moje życie jest okropne? Nie to nie w moim stylu. To nie byłabym wtedy ja.

     Ruszyłam w stronę gdzie siedziała moje przyjaciółka i usiadłam obok niej. Chwilę siedziałyśmy w ciszy nic nie mówiąc. Po chwili jednak odezwała się Sara.

– Emi jestem głodna - uśmiechnęła się tak jak jej to było w zwyczaju kiedy mówiła te słowa. Wybuchłam niepohamowanym śmiechem kładąc się łóżku i po nim tarzając. Ona zawsze potrafi rozbawić mnie nawet w sytuacji bez wyjścia. Za to właśnie ją kocham. Po chwili obie leżałyśmy na łóżku i śmiałyśmy się jak głupie. Sara podniosła się do poprzedniej pozycji i ponownie się odezwała - Ale ja mówię serio - uśmiechnęłam się do niej i wstałam z łóżka.

– No to chodź głodomorze pójdziemy coś zjeść - wyciągnęłam rękę w jej stronę by pomóc jej wstać. W chwili kiedy już obie stałyśmy na jasnych panelach ruszyłyśmy do drzwi. Nasze tępo jednak nie było zbyt szybkie, bo moja noga wciąż bolała. W prawdzie troszkę mniej ale bolała.

     Stojąc już na dole nie wiedziałyśmy gdzie mamy pójść. Przecież nikt nas po tym domu nie oprowadził. Nikt nie powiedział nawet gdzie jest takie podstawowe pomieszczenie jak kuchnia. Kurcze, ale z nich gospodarze, no nie pogadasz. Nie wiedząc co robić ruszyłyśmy przed siebie z nadzieją, że same znajdziemy poszukiwane pomieszczenie, jednak nie było takie potrzeby. Zza rogu wyłonił się Olivier szczerze się do nas uśmiechając. Odniosłam wrażenie, że jako jedyny tutaj cieszy się z naszego pobytu w ich domu. Zawsze kiedy nas widzi uśmiecha się do nas, a zarazem ten uśmiech nigdy mu nie znika z twarzy. Przynajmniej przy nas.

– Ooo. Widzę, że nasze śpiące królewny już wstały - mówiąc się zaczął się nas podśmiewać, chcąc nie chcąc też zaczęłyśmy się śmiać. Olivier po prostu zaraża dobrym humorem - Myślałem, że już jak ta królewna śnieżka zasnęłyście i trzeba będzie was budzić pocałunkiem - mówiąc to zabawnie poruszył brwiami wywołując u nas kolejny napad śmiechu tak samo jak u niego - Ale dosyć tego. Pewnie jesteście głodne?

– Zgadłeś - powiedziała moja towarzyszka przyjaźnie uśmiechając się Oliviera.

– Jeah! Zgadłem! - krzycząc to zacząć tańczyć coś w stylu tańcu zwycięstwa. W tamtej chwili już kucałam i łapałam się za bolący brzuch od śmiechu, a on wcale nie miał zamiaru przestać.

– Ej! My jesteśmy głodne! - krzyknęła Sara jednocześnie wymachując rękami by zwrócił na nią swoją uwagę.

– A no tak śniadanie. Zaraz wam przyniosę. Usiądźcie sobie - wskazał na ręką kanapę na, której wczoraj siedziałyśmy, a my posłusznie udałyśmy się w tamtą stronę, by po chwili wygodnie na niej usiąść.

     Nawet nie zdążyłyśmy się jeszcze dobrze rozsiąść kiedy do pokoju wkroczyły nasze kanapki no i Olivier. Kiedy tylko spojrzałam na niego automatycznie chciało mi się śmiać z jego tańca, który cały czas miałam przed oczami. Jak zwykle położył uśmiechnięty położył kanapki na stolik i usiadł obok na fotelu. Długo nie trzeba było czekać aż zabierzemy się za jedzenie. Dziwiło mnie jedynie to, że wtedy kiedy my jemy oni nigdy się nie dołączą. Wczoraj jak my jadłyśmy ulotnili się pod pretekstem przygotowania pokoju, a dzisiaj Olivier nawet nie wziął ani jednej kanapki. No cóż może jadł wcześniej. Tą miłą ciszę przerwał wchodzący Etan.

– Trzeba coś zrobić z tą Twoją nogą Emi - powiedział to nawet na mnie nie patrząc. Ale chwili. Powiedział do mnie Emi. To prawo ma tylko Sara. Dla innych jestem Amanda. Ale jakoś nie widzę żeby akurat on oglądał moją nogę. Nie wiem czemu, ale w chwili kiedy myślałam o tym, że to właśnie on miał robić ogarnął mnie dziwny lęk. Bałam się zostać z nim w jednym pomieszczeniu, sam na sam, a z pewnością by się to stało gdyby to on miał ją opatrzyć.

– Po pierwsze Emi może mówić do mnie tylko Sara, Ty możesz jedynie Amanda, a po drugie racja - odpowiedziałam nawet na niego nie patrząc. Już wiedziałam co zrobić żeby to nie on mi pomógł - Olivier opatrzyłbyś mi później nogę? - gdy wypowiedziałam te słowa Etan jak i Olivier byli zaskoczeni moimi słowami. Olivier spojrzał się na Etana jak by wyczekiwał pozwolenia by zrobił to o co go prosiłam. To było dziwne. Etan jedynie pokiwał głową w górę i w dół na znak, że się zgadza, a wtedy Olivier się odezwał.

– Jasne. Jak skończycie śniadanie przyniosę apteczkę i ją opatrzę - ja jako odpowiedź na jego słowa pokiwałam tylko delikatnie głową i wróciłam do posiłku, jednak cały miałam wrażenie, że Etan mi się przyglądał. Za każdym razem kiedy ja spoglądałam na niego on odwracał głowę.

     Po niedługiej chwili talerz z kanapkami był już całkowicie pusty, a my najedzone. Blondyn w chwili kiedy zobaczył, że talerz jest pusty zabrał go ze stołu i skierował się w stronę kuchni mówiąc przelotem "Zaraz wracam". Zapewne pójdzie od razu po apteczkę więc teraz się zacznie. Jak delikatnie dotyk nogi to boli a co dopiero jak on ją będzie oglądał.

     Nie minęło pięć minut a Olivier był z powrotem. Tak jak przypuszczałam już z apteczką. Usiadł naprzeciwko mnie na stole i położył pudełko obok. Spojrzał się na mnie i zapytał cicho "Mogę?" spoglądając jednocześnie na nogę. Ja jedynie się delikatnie uśmiechnęłam i pokiwałam głową. W tym momencie delikatnie podniósł moją nogę kładąc sobie na kolano. Chwilę się jej przyglądał i najwyraźniej zastanawiał co było widać po jego wyrazie twarzy. W pewnej chwili nacisną palcem na kostkę, a mnie przeszedł nieprzyjemny ból. Najwidoczniej to zauważył bo się delikatnie zaśmiał, kiedy to ja wykrzywiałam buzie z bólu. Całemu zderzeniu przyglądał się Etan, tak jakby pilnował by blondyn nie zrobił mi krzywdy. Olivier pokręcił moją nogą w prawo i lewo sprawiając mi przy tym nie mały ból i się odezwał.

–Noga nie jest złamana. Jest jedynie skręcona. Zabandażuje ją. Zgadzasz się? - już miałam odpowiadać kiedy znowu się odezwał - W sumie to i tak nie masz nic do gadania - zaśmiałam się delikatnie pod nosem i dałam mu działać.

     Po około dziesięciu minutach moja noga była już zabandażowana a Olivier odnosił apteczkę w to samo miejsce, z którego ją przyniósł. 

     Po chwili usłyszeliśmy zbieganie po schodach. Wszyscy jak na komendę się odwrócili, a naszym oczom ukazał się Jeffrey.

– Musimy iść - powiedział do chłopaków. Ci tylko pokiwali głową - My idziemy, a wy dziewczyny pod żadnym pozorem nie wychodźcie z domu - powiedział Jeffrey tą samą regułkę do nas co wczoraj Etan. Pokiwałyśmy głowami, a po chwili już ich nie było. Byłyśmy znowu same. Sara spojrzała się na mnie porozumiewawczo i już wiedziałyśmy co będziemy robić.

– Piwnica - powiedziałyśmy jednocześnie i wstałyśmy z kanapy.

– W pokoju pod poduszką jest klamka. Pójdziesz po nią? - zapytałam się blondynki, a ta już szła w stronę schodów.

     Nie minęła minuta, a ona już była na dole trzymając w dłoni klamkę. Bez słowa ruszyłyśmy pod drzwi prowadzące na dół i Sara wsadziła klamkę w otwór do tego przeznaczony. Drzwi ustąpiły. Uśmiechnęłyśmy się do siebie i ruszyłyśmy na dół odkrywać tajemnice rodziny Evansów.

_________________________________________________________________________

Piszcie komentarze. A Ty Bożena CZYTAJ !!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz